Plemię
Wyblakłe już numery na ręku,
trwały ślad obozowej gehenny.
Ponure świadectwo brutalności,
pacierz o zapomnienie płonny.
Wokół czaszki, krzyże, demony,
zasępione oczy leciwego starca,
na te obrazy wolnego plemienia
pojęcia wątłego już nie starcza.
Ramiona, dłonie, szyje, twarze,
na zawsze już naznaczone ciała.
Kupione dobrowolnie cierpienie,
okaleczona już prawie wieś cała.
Wolni, wykształceni obywatele,
beneficjenci dziejowej mądrości.
Nieznający wojny ani więzienia,
nowe plemię, jutro ludzkości.
Głód
Chleba naszego powszedniego
nie łakniemy, nie szanujemy,
czerstwiejemy z samotności.
Nie dzielimy dobrem co dnia,
choć tak brakuje nam miłości!
Chleba naszego powszedniego
nie bronimy, nie hołubimy,
butwiejemy bez skruchy.
Nie doceniamy kęsów miłości
choć schylamy po jej okruchy.
Cyrk motyli
Ułomni, bandyci,
upadłe dusze,
niezwykły korowód
zranionych kokonów.
Na końcu, za rzeką,
postać zbolała,
niech świat zobaczy
jej bagaż okrutny
przepastnej rozpaczy.
Lamenty, żale,
niezgody krzyki,
męcząca procesja
zaciekłych obelg.
Na końcu, na scenie,
istota wytrwała,
świat poznał czary -
jej spokój błogi,
nieziemskiej miary!
Psalm dziękczynny
Za życie niezwyczajne, wyjątkowe,
za zdjęcia ze szczęściem kolorowe.
Za myśli wzniosłe i nieskrępowane,
za marzenia spalone i zrealizowane.
Za ciało doskonałe – całe i sprawne,
za blizny, biżuterię, ubrania barwne.
Za dłonie mogące trzymać i puścić,
za ramiona zdolne cierpienie unosić.
Za dom utracony, za dom stworzony,
za bliskich, którymi jest wypełniony.
Za koleżanki, za kolegów, za rodzinę,
za każdą promienną w życiu godzinę.
Za podróże, obrazy nieznane nikomu,
za kolejny szczęśliwy powrót do domu.
Za łzy i zgryzoty, z rozpaczy drżenie,
za każde beztroskie do snu ułożenie.
Za pełne cierpienia i łez pożegnania,
za niespodziewane, radosne powitania.
Za doświadczenie przyjaźni i miłości,
za czynienie dobra chęć i możliwości.
Za nadzieję, wiarę, upór niegasnący,
dziękuję Ci Losie mój wymagający!
Konsylium
Jestem miłością,
Jestem radością.
Jestem szczęściem.
Jestem rozpaczą.
Jestem smutkiem.
Jestem gniewem.
Jestem tęsknotą.
Jestem nadzieją.
Jestem ukojeniem.
Jestem…
Jestem?
JESTEM!
Niedzielne popołudnie
Dostateczny dowód na istnienie duszy.
Cierpienie.
Osobliwa wędrówka ku cmentarzom,
z tysiącem twarzy,
pośród żyznych i marnych pól.
Nierówne szanse na zwycięstwo.
Rozpacz.
Nadludzka walka o niepamięć,
z niemym uśmiechem,
w uroczym stroju, niczym bogacz.
Wystarczający powód do włóczęgi.
Ukojenie.
Przedziwna podróż do wytchnienia,
z walizką myśli,
między blaskiem a zaćmieniem.
Nieczuły wór przeszłości
Wszystko, co mija, w niebyt się zapada,
w bezdenny wór nieczucia głucho wpada.
Słońce, które zaszło, blasku już nie daje,
ogrzewać wystawione doń twarze przestaje.
Noc, która minęła, sen błogi ze sobą zabiera,
ramion lśniących gwiazdami już nie otwiera.
Dzień, który upłynął, pochłania zdarzenia,
nie ma już drugiej szansy ich powtórzenia.
Uroda przebrzmiała zachwytu nie wzbudza,
żądzy i zmysłów niczyich nie rozbudza.
Miłość zaś, która minęła, serca nie absorbuje,
tęsknoty i pragnienia żadnego nie wywołuje.